12/27/2013

11 lutego: Św. Grzegorz II, papież



(ok. 660 – 731)

Jak odpowiedzialnym urzędem jest biskupstwo rzymskie, można zaobserwować szczególnie w czasach rozmaitych kryzysów politycznych czy polityczno-religijnych. Namiestnik Chrystusa, któremu został powierzony rząd dusz w całym Kościele, nie może wówczas poprzestać na sprawowaniu czynności stricte duchownych i doglądaniu watykańskiej administracji, ale musi stanąć w szranki z najpotężniejszymi władcami tego świata w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. W takich właśnie czasach przyszło panować Grzegorzowi II, który musiał stawić czoła pierwszemu ikonoklazmowi wszczętemu przez cesarza Leona III.

Święty pochodził z zamożnej rodziny arystokratycznej zamieszkałej w Rzymie. Od dziecka stykał się z wewnętrznymi sprawami Kościoła, wychował się bowiem w pałacu na Lateranie, a jako młodzieniec został kolejno skarbnikiem i bibliotekarzem papieskim. Po otrzymaniu godności Wikariusza Chrystusa przyjął imię Grzegorza, co stanowiło czytelne odniesienie do polityki względem cesarstwa, jaką prowadził jego świętej pamięci poprzednik 
– Grzegorz Wielki.

Panujący od roku 717 roku, założyciel nowej dynastii, Leon III Izauryjczyk wzmocnił wprawdzie władzę cesarską, ale jednocześnie podjął krok szalony i szkodliwy w skutkach – ogłosił zakaz kultu świętych obrazów, który rozpowszechnił się szczególnie na Wschodzie. W konsekwencji rządowi siepacze niszczyli cenne (albo bezcenne) zbiory sztuki zgromadzone w świątyniach, a ludowi próbowano odebrać ważny element kultu chrześcijańskiego składający się na przeżywanie przezeń Świętych Obcowania. Przeciwstawił się temu papież Grzegorz, narażając się tym samym na gniew dumnego basileusa. Podjął on próbę detronizacji Grzegorza, a nawet usiłował pozbawić go życia.

Walka z obrazami nadwątliła autorytet cesarski w oczach poddanych, co umiał roztropnie wykorzystać Ojciec Święty, szukając politycznego oparcia we władcach merowińskich. Równocześnie rozszerzał on religijne wpływy na ziemie mało dotychczas ewangelizowane, mianowicie tereny germańskie i Anglię. On to konsekrował św. Bonifacego-Winfryda, apostoła Niemiec i skierował go na misję. Św. Grzegorz II zasłużył się także przy odbudowie Wiecznego Miasta, które ucierpiało wskutek najazdu Longobardów. Po szesnastu latach pontyfikatu został pochowany w bazylice św. Piotra.

12 lutego: Św. Melecjusz z Antiochii



(zm. 381)

Św. Melecjusz przyszedł na świat w mieście Melitene w królestwie Armenii, które jako pierwsze ustanowiło chrześcijaństwo państwową religią. O dzieciństwie Świętego nic nie wiadomo, a pierwszym faktem, jaki odnotowują źródła na temat jego dorosłego życia, jest objęcie przezeń biskupstwa armeńskiej Sebasty (obecne Sivas w Turcji) w roku 358. Był zapewne wychowany w duchu katolickim, niemniej początki jego rządów biskupich pokazują, iż jego poglądy – w kontekście ówczesnych sporów chrystologicznych – nie były całkiem ukształtowane.


Jego nominację poparli również arianie, wiedząc, iż nie jest zdecydowanym obrońcą nicejskiego Credo, a ich przeciwnikiem. Nie oznaczało to jednocześnie, iż był zwolennikiem odstępstwa, ale niesprawiedliwie o to posądzony musiał złożyć urząd i udać się do Syrii. Tam, w 360 roku, doszła go wiadomość, iż został wybrany na patriarchę Antiochii. Nominacja ta została zatwierdzona przez zwolennika arianizmu cesarza Konstancjusza II.

Heretycy mieli nadzieję, że nowy metropolita podda się ich wpływom – jakże srogie było zatem ich zdziwienie, gdy okazało się, iż Melecjusz przestudiował w międzyczasie nauki Ariusza i konfrontując je z doktryną Kościoła, uznał za błędne. Pozycja arian w tym mieście – na dodatek popieranych przez potęgę cesarskiej władzy – była zbyt silna, by wrogi im biskup ostał się na swej stolicy. Po wygłoszeniu homilii, w której zdecydowanie potępił kacerskie nauki, a lud utwierdził w prawowierności, został złożony z urzędu i wygnany.

Był to dopiero początek bolesnej drogi wykluczenia, jaką miał przebyć Święty, hartując się w niewdzięcznej służbie – wdzięcznie znoszonej dla Boga. Powrócił do Antiochii w roku 362, już po śmierci Konstancjusza, lecz na skutek intrygi ariańskiego biskupa Paulina został uznany za heretyka i znów oddalony z miasta. Podjął po raz wtóry rzuconą mu rękawicę, prowadząc duchową walkę oraz znosząc przez parę lat trudy wygnania i moralne brzemię niesprawiedliwego osądu.

Po stronie Melecjusza stanęła część prawowiernych biskupów, w tym św. Bazyli Wielki, lecz na swą stolicę powrócił na stałe dopiero w czasach względnej stabilizacji za cesarza Gracjana – w roku 378. Władca ten ogłosił chrześcijaństwo religią panującą i uczynił szereg kroków dla utwierdzenia jej pozycji – zrzekł się tytułu najwyższego kapłana (Pontifex Maximus), wydał dekrety przeciwko bałwochwalczym kultom i nakazał usunąć pomnik bogini Wiktorii z budynku senatu.

Święty podjął energicznie walkę z herezją ariańską, ogłaszając na zwołanym przez siebie synodzie w 379 roku wyznanie wiary. Przyczynił się też do zwołania soboru powszechnego w Konstantynopolu (381), któremu przewodniczył. Przyjęto na nim ostatecznie sformułowane katolickie wyznanie wiary, zwane nicejsko-konstantynopolitańskim –obowiązujące po dziś dzień w Kościele. Melecjusz zmarł podczas obrad. Pogrzeb odbył się z wielką pompą, mowę wygłosił sam św. Grzegorz z Nyssy. Relikwie przeniesiono do Antiochii 12 lutego i pod tą datą Kościół wspomina świętego patriarchę.

13 lutego: Św. Jordan z Saksonii



(zm. 1237)

Słowa Pana Jezusa: „Jeśli oko twoje gorszy cię, wyłup je”, nie oznaczają oczywiście, iż Ewangelia zachęca do czynienia krzywdy ciału, które otrzymaliśmy od Boga. Wskazują one jedynie na nieodzowność umartwienia w życiu chrześcijańskim. Wiemy jednak, iż w przypadku świętych pewne prawdy bywają potraktowane wyjątkowo dosłownie, co stanowi wyraz wyższej doskonałości, do jakiej zostali oni powołani. Tak też bł. Jordan, gdy w wyniku choroby utracił wzrok w jednym oku, miał rzec: „Dziękujcie Bogu, bracia, że utraciłem jednego nieprzyjaciela. Ale módlcie się do Pana, aby – jeśli taka jest Jego wola i jeśli to dla mnie będzie pożyteczne – raczył mi zachować drugie oko”.

Jordan z Saksonii to święty niezbyt znany, ale ogromnie zasłużony dla rozwoju zakonu dominikańskiego. To on napisał Książeczkę o początkach Zakonu Kaznodziejów (Libellus de principiis Ordinis Praedicatorum), z której czerpiemy wiedzę na temat św. Dominika i pierwszych lat zgromadzenia. On był drugim po świętym Założycielu generałem zakonu i przyczynił się do jego rozszerzenia w Europie i poza jej granicami.

Urodził się pod koniec XII wieku w niewielkiej miejscowości Borberge w Wesfalii (która stanowiła wtenczas część księstwa Saksonii). Studia w zakresie nauk wyzwolonych i teologii odbył na uniwersytecie paryskim. W stolicy Francji miał szczęście usłyszeć kazanie św. Dominika Guzmana, które oddziałało na niego tak silnie, iż odbył spowiedź generalną i postanowił zostać zakonnikiem. W roku 1220 przyjął habit z rąk bł. Reginalda z Lombardii.

Niedługo po wstąpieniu w szeregi braci dominikanów został niespodziewanie obrany prowincjałem Lombardii. Świadom zadań, przed jakimi został postawiony, pisał: „Roku Pańskiego 1221 na kapitule generalnej w Bolonii, wydało się braciom słuszne nałożyć na mnie obowiązek przełożonego Prowincji Lombardzkiej, chociaż upłynął zaledwie rok mojego życia w Zakonie i nie zapuściłem w nim jeszcze korzeni tak głęboko, jak by należało. Tak więc zostałem ustanowiony, aby rządzić innymi, zanim jeszcze sam nauczyłem się kierować własną niedoskonałością”.

Już w następnym roku po śmierci św. Dominika współbracia mianowali go przełożonym całego zakonu. Nie uchylił się od tego obowiązku, lecz przystąpił z prawie nadludzką energią do krzewienia wspólnot dominikańskich na świecie. W dniu objęcia przezeń stanowiska generała istniało 50 domów zakonnych, zaś w chwili jego śmierci było ich już 300 – podobnie liczba braci wzrosła z 300 do 4000. Jordan przyczynił się również do podniesienia intelektualnego poziomu zgromadzenia, werbując dziesiątki studentów z uniwersytetów w Paryżu, Bolonii, Kolonii i Oksfordzie. Za jego sprawą i z jego rąk habit dominikański przyjął św. Albert Wielki – wybitny uczony katolicki noszący przydomek Doktora Wszechstronnego (Doctor Universalis), nauczyciel i współpracownik św. Tomasza z Akwinu, współtwórca tomizmu.

Ojciec Jordan Przemierzał jako misjonarz i wizytator klasztorów swoje ojczyste Niemcy, a także Skandynawię, Francję, Italię i Anglię, dotarł nawet do Maroka i Mezopotamii. Zyskał wielkie zaufanie papiestwa, za którym opowiadał się w sporach z cesarstwem. Dzięki temu to właśnie dominikanom powierzono odpowiedzialną misję chronienia czystości wiary w ramach działalności Świętej Inkwizycji.

Ostatnim miejscem, jakie odwiedził, była Ziemia Święta. Wsiadł na statek po wizytacji tamtejszej prowincji, lecz u wybrzeży Syrii rozpętała się szalona burza, która roztrzaskała okręt. Ciało Świętego zostało wyrzucone na brzeg, gdzie odnaleźli go bracia dominikanie i ze czcią pochowali w konwencie św. Jana w Akce. Jego kult trwał nieustannie w zakonie św. Dominika, ale z jakiegoś powodu został zatwierdzony dopiero w roku 1826 przez papieża Leona XII.

14 lutego: Święci Cyryl i Metody


... wkrótce :-)

15 lutego: Św. Klaudiusz de la Colombière



(2 lutego 1641 – 15 lutego 1682)

Pamięć zbiorowa nader często bywa wybiórcza – jednym rozdaje wieńce ludzkiej wdzięczności, podczas gdy innych pomija. Ilu katolików odprawiło choć raz nabożeństwo pierwszych piątków dla wynagrodzenia krzywd wyrządzanych Najświętszemu Sercu Jezusowemu lub chociażby słyszało o nim, tylu pamięta zapewne imię św. Małgorzaty Marii Alacoque. Ilu z nich natomiast zna nazwisko kapłana Klaudiusza de la Colombière? A to właśnie jego sam Pan Jezus wskazał jako wykonawcę objawień otrzymanych w Paray-le-Monial przez pobożną mniszkę. On był jej spowiednikiem i on jako pierwszy dał wiarę jej słowom, zrehabilitował jej imię wśród współsióstr i rozszerzał nabożeństwo do Serca Bożego poza murami klasztoru sióstr wizytek.

Claude de la Colombière przyszedł na świat w miejscowości Grenoble. Wyjechał na naukę do kolegium jezuickiego w Lyonie i tam odkrył powołanie. W wieku osiemnastu lat przyjął habit zakonny i rozpoczął długą drogę jezuickiej formacji. Studia teologiczne kończył w Paryżu, jednocześnie pracując u ministra finansów Colberga jako wychowawca i korepetytor jego synów. Wcześniej przebywał przez jakiś czas w kolegium w Clermont, które słynęło nie tylko z wysokiego poziomu naukowego, ale także ze zwalczania rozpanoszonego wówczas jansenizmu, co ma znaczenie w kontekście objawień Najświętszego Serca Jezusowego, które przez wielu zostały początkowo uznane za fałszywe i nazbyt śmiałe.

W roku 1674 ojciec Klaudiusz został kapelanem zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Siostra Małgorzata Maria, cierpiąca wskutek niewiary, z jaką otoczenie reagowało na jej objawienia, usłyszała pewnego razu od Pana Jezusa, iż wkrótce pozna Jego „wiernego sługę i doskonałego przyjaciela”, któremu Święta będzie mogła powierzyć misję rozszerzenia kultu Najświętszego Serca; kiedy zaś ksiądz Colombière pojawił się po raz pierwszy w klasztorze, usłyszała ona głos wewnętrzny: „Oto ten, którego ci posyłam”. Nowy kapelan został spowiednikiem i kierownikiem duchowym siostry Małgorzaty Marii, a gdy dowiedział się o jej mistycznych doświadczeniach, upewnił ją, iż kieruje wszystkim dobry duch, za którym może spokojnie podążać.

Jego posługa w Paray-le-Monial trwała niecałe dwa lata, gdyż został odwołany do Anglii na spowiednika księżnej Yorku Marii z Modeny (która później została królową). Czas ten jednak wystarczył, by poznał dostatecznie orędzie Najświętszego Serca i zapałał pragnieniem jego rozpowszechnienia. Podczas gdy ojciec Klaudiusz pracował w Anglii, we Francji apostolat na rzecz nabożeństwa do Serca Bożego (odkrytego już w średniowieczu, lecz dopiero później upowszechnionego) prowadził inny jego apostoł – św. Jan Eudes. Wszystko to wskazywało wyraźnie na nadprzyrodzone pochodzenie owego kultu i na fakt, iż Panu Jezusowi zależało, aby właśnie w tym czasie zyskał on pierwszych wielkich misjonarzy.

Świętemu udało się skłonić księżną Yorku do poświęcenia się Sercu Jezusowemu, którego cześć głosił nieustannie w kazaniach, rozmowach i pismach. Anglia była już jednakże od ponad stu lat ogarnięta zarazą buntu religijnego, dlatego katolicyzm w sferach publicznych mógł jedynie okresowo i gdzieniegdzie dojść do głosu, lecz wiadomo było, że prędko zostanie zduszony. Tak stało się również w przypadku francuskiego apostoła Najświętszego Serca. Anglikanie widząc, iż osiąga on coraz większe wpływy, zmówili się i osądzili go niesprawiedliwie za zdradę stanu (był to zwyczajny zabieg w podobnych przypadkach). W roku 1678 został aresztowany i wtrącony do więzienia. Z powodu ciężkich warunków i złego traktowania nabawił się choroby, która już po dwóch latach przedwcześnie pozbawiła go życia (zmarł w wieku 41 lat).

Wypuszczony za interwencją króla Francji, powrócił do ojczyzny i przez jakiś czas nauczał w seminarium w Lyonie, jednak z powodu pogorszenia stanu zdrowia udał się do Paray-le-Monial, gdzie spędził swe ostatnie dni. Został pochowany w tamtejszym kościele jezuickim, gdzie do dziś można oddać hołd jego relikwiom. Papież Pius XI w roku 1929 zaliczył go w poczet błogosławionych Kościoła katolickiego, a Jan Paweł II ogłosił świętym w roku 1992.

16 lutego: Święci Daniel, Eliasz i Izaak



(zm. 309)

Widząc w kalendarzu imiona wspominanych razem świętych – Daniela, Eliasza i Izaaka – na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, iż chodzi o starotestamentowych proroków – ale nie zgadzałby się wtedy ostatni, Izaak. W rzeczywistości należą oni do grona pięciu (obok Jeremiasza i Samuela) wyznawców Chrystusa umęczonych za czasów Galeriusza. Wszyscy byli Egipcjanami, a zbieżność imion z postaciami Starego Testamentu mogłaby być spowodowana silniejszym występowaniem tradycji hebrajskiej w miejscowości, z której pochodzili… Ale czy na pewno tak było?


Od początku IV wieku trwały wszczęte przez Dioklecjana i Maksymiana najsroższe w dziejach prześladowania chrześcijan. Po ich abdykacji augustem Wschodu został Galeriusz, który kontynuował represje. Pięciu towarzyszy, których historię poznajemy dzięki Euzebiuszowi z Cezarei, dostało się w ręce pogan w drodze powrotnej z Cylicji, gdzie odwiedzali swych przyjaciół skazanych na roboty przymusowe w kamieniołomie.

Zatrzymano ich u bram Cezarei i wypytywano o tożsamość i cel podróży. Wyznali, iż są chrześcijanami i skąd wracają. Pojmano ich natychmiast i poprowadzono przed oblicze gubernatora prowincji Firmilianusa. Zaczęło się przesłuchanie, które miało wymiar prawdziwie symboliczny…

Aresztowani mężczyźni pytani po kolei, kim są, przedstawili się imionami proroków, a na pytanie o pochodzenie wszyscy zgodnie odpowiadali, iż wywodzą się z Jeruzalem. Gubernator myślał zapewne, że mają na myśli jakieś chrześcijańskie miasto, które określają mianem dawnej stolicy ludu wybranego. Dociekał więc, męczył ich i poddawał chłoście, ale nie mógł wyciągnąć od nich żadnej konkretnej informacji, oprócz tego, iż owa Jerozolima leży „na wschodzie słońca”.

My bez trudu możemy domyślić się, iż chodziło o Jeruzalem Niebieskie, które stanowi na ziemi Kościół Chrystusowy i które jest naszą ojczyzną wieczną. Wschód słońca zaś – jako występująca w świątyniach orientacja ołtarza – był widocznie jedynym określeniem położenia geograficznego, jakie mogli owej Jerozolimie przypisać.

Widząc, że nic nie wskóra, Firmilianus nakazał ściąć wszystkich pięciu mężów. Wyrok wykonano na miejscu. O ich ciała zatroszczył się niejaki Porfiriusz, sługa zabitego później za wiarę Pamfiliusza. Wzbudziło to podejrzenia władzy, a w konsekwencji i na niego sprowadziło wyrok śmierci. Podobny los spotkał Seleucjusza, który jako świadek egzekucji głosił w mieście chwałę nieustraszonych Męczenników.

17 lutego: Świętych Siedmiu Założycieli Zakonu Serwitów



(XIII – XIV w.)

„Nie Kościół ma się dostosować do świata, ale świat do Ewangelii” 
– podkreślał prymas Wyszyński. Prawda ta aż do Soboru Watykańskiego II oficjalnie rządziła życiem Kościoła, co nie znaczy oczywiście, że nie szanował on miejscowych zwyczajów i nie poszukiwał odpowiedniego języka, nie wzbogacał swego zasobu wiedzy, żeby nadążyć za postępem ludzkości i dotrzeć do wybranych. Pan świata, sprawujący nad wszystkim opatrznościowe rządy, widząc zapotrzebowanie na taki czy inny nowy sposób ewangelizacji, pobudzał zawsze swych uczniów i sługi do odkrywania efektywniejszych dróg głoszenia Jego Słowa.

Przykładem takiej działalności jest założenie Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny przez grupę pobożnych kupców florenckich. Był to czas niepokojów wewnętrznych, które dzieliły społeczeństwo włoskie (spory gwelfów z gibelinami), ale także Kościół zmagał się z licznymi żywiołami, które próbowały rozrywać jego nadprzyrodzoną społeczność. Skutki nadużyć i zeświecczenia duchowieństwa stały się gruntem podatnym na powstawanie wszelkich sekt religijnych, które pod pozorami ewangelicznego ubóstwa ukrywały najbardziej zgubne dla chrześcijaństwa doktryny (ruch katarów).

Najbardziej znanym z Siedmiu Założycieli jest Aleksy Falconieri, który razem z towarzyszami – Bartłomiejem Amidei, Benedyktem Antellą, Buonfiglim Monaldim, Gerardino Sostegnim, Hugonem Lippi-Uguccioni i Janem Buonagiunta Monettim – odpowiedział na wezwanie Matki Najświętszej objawiającej się dwukrotnie we Florencji (w roku 1215 i 1233). Niepokalana ukazała się w żałobnej postaci, cała we łzach, ubolewając, że jej lud żyje w niezgodzie i ogniu bratobójczych wojen. Odpowiedzią na to było porzucenie dotychczasowych zajęć przez siedmiu kupców florenckich i oddanie się 
w miejscu ustronnym kontemplacji Męki Pańskiej oraz Jej Boleści. Później dołączył do nich równie sławny Filip Benizi.

Już wcześniej grupka kupców założyła bractwo, które zajmowało się niesieniem pomocy ubogim i chorym, ale po zawiązaniu się w formalną grupę zakonną z całą energią oddali się pokucie za grzechy swych rodaków i głoszeniu orędzia Królowej Pokoju. Przemierzali Italię jako wędrowni kaznodzieje, a z czasem ich zgromadzenie – zatwierdzone oficjalnie przez Stolicę Świętą w roku 1304 – założyło swoje domy również w Niemczech, Francji i na Węgrzech. Misjonarze dotarli również do Polski. Papież Benedykt XIII w pierwszej połowie XVIII wieku sukcesywnie dokonywał beatyfikacji siedmiu założycieli, zaś Leon XIII w roku 1888 zaliczył wszystkich razem w poczet świętych i odtąd są wspominani wspólnie.




18 lutego: Św. Konstancja, cesarzowa



(IV w.)

Imię św. Konstancji musiało przejść do historii już choćby dlatego, iż była ona córką sławnego Konstantyna Wielkiego, który jako pierwszy otworzył cesarskie podwoje dla głosicieli objawionej religii. Nie jest to wszakże jedyny powód, dla którego o niej pamiętamy, a już na pewno nie jedyny, dla którego wspomina ją Kościół w roku liturgicznym.

Konstancja – nazywana też Konstantyną – zostawiła po sobie wielki przykład nawrócenia i gorliwości, jaką odznaczała się po przyjęciu chrztu świętego. Większość jej życia upłynęła pod znakiem obojętności religijnej i postawy światowej. Około 335 poślubiła z woli rodziców swego kuzyna Hannibalianusa, który cieszył się godnością króla Pontu. Żyli dostatnio, z przepychem, wśród uciech świata. Po śmierci męża zawarła małżeństwo z Konstancjuszem Gallusem, cezarem Wschodu.

Ich rządy były ponoć okrutne i nadużywali swej władzy nad poddanymi. Dopiero po powtórnym owdowieniu Pan Bóg zesłał opamiętanie na niewiastę. Dotknęła ją jedna z najbardziej uciążliwych ówcześnie chorób, mianowicie trąd. Nie pomogli lekarze i nie zaradziła ówczesna wiedza medyczna, a wtedy Opatrzność podsunęła jej inne rozwiązanie…

Konstancja dowiedziała się, że u grobu św. Agnieszki dokonują się cudowne uzdrowienia. Chwyciła się ostatniej deski ratunku i wyruszyła z pielgrzymką. Z całą żarliwością, na jaką mogła się zdobyć, oddała się modlitwie i obiecała Panu Bogu poprawę. Stał się cud i przyszła Święta została uzdrowiona nie tylko na duszy, ale i na ciele.

Odtąd wszystkie swe siły spożytkowała na rozszerzanie czci Bożego Imienia, na wywyższenie Kościoła Świętego. Na cześć św. Agnieszki ufundowała bazylikę w Rzymie, a resztę swych dni poświęciła najbardziej potrzebującym spośród swych dawnych poddanych. Zmarła w Caeni Gallicani w Bitynii, lecz jej doczesne szczątki zostały od razu przeniesione do Wiecznego Miasta i pochowane niedaleko Via Nomentana, gdzie wzniesiono później świątynię pod jej wezwaniem. Sarkofag, w którym pierwotnie złożono jej zwłoki, znajduje się obecnie w muzeum watykańskim.

19 lutego: Św. Konrad z Piacenzy



(ok. 1290 – 1351)

Konrad Canfalonieri urodził się w miejscowości Calendasco niedaleko Piacenzy w rycerskiej rodzinie należącej do stronnictwa gwelfów. Poszedł w ślady ojca i wybrał karierę wojskową. Wcześnie osierocony przez oboje rodziców, początkowo zachował nabytą w dzieciństwie pobożność, lecz prędko utracił ją wśród pokus dostatniego życia. Mimo iż dobrze się ożenił i miał szczęście w zasięgu ręki, ciągnęło go do swobody z dala od domowego ogniska.

Spośród różnych rozrywek szczególnie lubował się w polowaniach. Pewnego razu wyruszył do lasu, nie wiedząc, że robi to po raz ostatni, miało się bowiem wydarzyć coś, co na zawsze odmieniło jego życie… Gdy przyszedł wieczór, myśliwy postanowił przenocować w lesie. Rozpalił ogień, żeby przepłoszyć dziką zwierzynę, lecz płomień rozgorzał tak wysoko, iż zajęły się od niego pobliskie drzewa. Z lasu pożar przeniósł się na miasto, czyniąc poważne szkody. Konrad uciekł i nie zamierzał ujawnić swej winy.

Władze miasta od razu rozpoczęły poszukiwania sprawcy i ujęły pierwszego mężczyznę napotkanego w pobliżu lasu. Pod wpływem tortur przyznał się on do nie swojej winy. Dowiedziawszy się o tym, właściwy winowajca poczuł wyrzuty sumienia – stawił się przed sądem i przyznał, że to on jest odpowiedzialny za spalenie części lasu i zabudowań miejskich. Prawdomówność kosztowała go cały majątek – tak duże były straty, które musiał pokryć.


Wobec tak nagłej odmiany losu rycerz przejrzał na oczy i zdał sobie sprawę, co tak naprawdę w życiu jest ważne, zrozumiał słowa Pisma: co człowiekowi po wszystkich bogactwach świata, jeśliby na duszy swojej poniósł szkodę. Postanowił odtąd wieść żywot wędrownego pokutnika. Przystała na to małżonka, równie poruszona dramatycznym zajściem. Ona wstąpiła do klarysek, on zaś, przyjąwszy habit Trzeciego Zakonu św. Franciszka, wyruszył pieszo na pielgrzymkę, kierując swe kroki na południe.

Dotarł aż do Sycylii i tam założył pustelnię. Żył z pieniędzy wyżebranych raz na tydzień w miasteczku, poza tym oddawał się modlitwie i kontemplacji. Oczyszczonego z ziemskich przywiązań Pan Bóg obdarzył cudownymi zdolnościami – uzdrawiania i przepowiadania przyszłości. Chorych leczył samym tylko znakiem krzyża, a widząc jego spełnione proroctwa, ludzie nawracali się i wielbili Boga, który czynił tak wielkie cuda przez swojego sługę.

Było mu dane poznać godzinę swej śmierci, dlatego poprosił spowiednika, by w ustalonym czasie przybył do jego pustelni. Kapłan stawił się punktualnie, Konrad zaś przywitał go, padł na kolana przed krucyfiksem, zmówił modlitwy za wszystkich swych dobrodziejów i opatrzony świętymi sakramentami spokojnie oddał duszę w ręce Pańskie.

20 lutego: Błogosławieni Franciszek i Hiacynta Marto


... wkrótce :-)

21 lutego: Św. Robert Southwell, męczennik


... wkrótce :-)

22 lutego: Św. Małgorzata z Kortony



"Za młoda i za piękna, czyli historia św. Małgorzaty z Kortony"

(1247 – 1297)

Wielka pokutnica i tercjarka franciszkańska Małgorzata z Kortony była nazywana „seraficką Marią Magdaleną” i „trzecią świetlaną pochodnią" zakonu św. Franciszka (obok samego Założyciela oraz św. Klary). Historię jej życia poznajemy w sposób szczególny, ponieważ po nawróceniu spotkało ją mistyczne doświadczenie, w którym sam Bóg zwrócił się do niej streszczając koleje jej losu. Usłyszała podczas modlitwy głos: „Przypomnij sobie, ubożuchna, o wielorakich łaskach i światłach, których udzieliłem Twojej duszy, abyś powróciła do mnie...”.

Pan przywołał w jej pamięci drogi, jakimi prowadził ją do siebie: „Przypomnij sobie, że po śmierci wroga twojego zbawienia powróciłaś do twego ojca w Laviano zniszczona bólami, zalana łzami, z twarzą podrapaną, ubrana w czarne szaty i bardzo zawstydzona”. Cóż to za wróg zbawienia, który doprowadził do takiego stanu św. Małgorzatę? Posłuchajmy historii od początku...

Przyszła na świat w miejscowości Laviano we włoskiej Kampanii, w rodzinie rolniczej. Jej dzieciństwo i wczesna młodość nasuwa nieodparte skojarzenie z bajką o królewnie Śnieżce – Małgorzata została bowiem w wieku siedmiu lat osierocona przez matkę, a ojciec ponownie się ożenił i do końca pozostawał pod wpływem nowej towarzyszki życia. Zawistna macocha, widząc rozkwitającą niepospolitą urodę swej pasierbicy, na każdym kroku dawała jej do zrozumienia, że jest w domu niepożądana.

Złe traktowanie, poczucie odrzucenia i zawód przerodziły się u dziewczęcia w bunt. Gdy miała szesnaście lat, wszyscy kawalerowie we wsi starali się o jej rękę, a wśród amantów pojawił się gość z Montepulciano – arystokrata Arseniusz. Oszołomiony pięknością Małgorzaty, kiedy usłyszał o jej domowym dramacie, zabrał ją do swojego zamku. Wszystko potoczyłoby się zaiste „jak w bajce”, gdyby nie fakt, iż młodzieniec – zapewne w obawie przed mezaliansem – nie chciał porwanej dziewczyny pojąć za żonę.

„Przypomnij sobie – mówił dalej Pan – że za namową macochy ojciec wyrzucił cię z rodzinnego domu, zapomniawszy zupełnie o ojcowskim współczuciu”. A więc Małgorzata po jakimś czasie wróciła do domu i została wyrzucona. Ale dlaczego wróciła? Otóż romans z Arseniuszem rozwinął się i młodych połączyło szczere uczucie. Mieli nawet syna. Jedyne, czego im brakowało, to Boże błogosławieństwo, o które nie starali się nawet – rozmieniając bezcenny skarb łaski uświęcającej, owej szaty godowej dającej wstęp do Nieba, na drobiazgi ziemskich uczuć i cielesnych rozkoszy.

Żyli względnie szczęśliwie przez dziewięć lat – lecz do czasu... Pewnego dnia Arseniusz nie wrócił do domu, tak jak zapowiedział. Po paru dniach jego pies myśliwski odnalazł go... martwego. Okazało się, iż został napadnięty, obrabowany i zamordowany. Przestępcy wrzucili zwłoki do przypadkowego grobu i przysypali piachem, toteż nietrudno było je odkopać.

Wróćmy jednak do narracji z prywatnego objawienia: „Gdy siedziałaś wówczas – pozbawiona wszelkiej rady i pomocy – w ogrodzie pod drzewem figowym, martwiąc się i opłakując pokornie nędzę duszy i ciała, nie wiedząc, co masz robić, błagałaś mnie wówczas, abym był twoim nauczycielem, ojcem, oblubieńcem i Panem”. Zatem gwałtowny szok, jaki przeżyła przyszła Święta na widok swego ukochanego porzuconego przez morderców, spowodował równie gwałtowne nawrócenie.

„Wdowa” była zmuszona oddać rodzinie zmarłego wszystkie kosztowności, które otrzymała od niego i wynieść się z majątku, którego z powodu braku legalnego związku nie mogła odziedziczyć. Wróciła więc jak córka marnotrawna do domu ojca, gdzie czekał ją gorzki zawód. Mężczyzna, który dał jej życie, uległ po raz kolejny despotycznej małżonce – Małgorzata musiała się wynieść.

Po latach Pan Bóg w cudowny sposób tłumaczył te wszystkie wypadki, odnosząc się do jej pierwszej ucieczki z domu: „Bowiem ów stary wąż, widząc, że zostałaś wypędzona przez ojca, na hańbę i twój upadek, biorąc oczywiście za podstawę cielesną piękność twojej młodości, zuchwale nakłaniał twoje serce: wmawiał ci, że jako odrzucona możesz grzeszyć bez winy i czy pozostaniesz, czy też pójdziesz gdziekolwiek, to i tak z powodu piękności ciała również przez wielkich i zmysłowych panów tego świata będziesz kochana”. Sam Stwórca tak tłumaczy mechanizm buntu spowodowanego odrzuceniem!

Źle użytej piękności zmysłowej Boski Rozmówca przeciwstawia piękność duchową, którą sam stworzył i którą teraz zechciał przywrócić swej zagubionej córce: „Ja zaś, Twórca twej wewnętrznej piękności i ciebie miłujący, chcąc przywrócić poprzednie piękno, poruszyłem twoje sumienie natchnieniem mego światła sprawiając, żeś poszła do Kortony i oddała się pod posłuszeństwo moich Braci Mniejszych. Takie były początki twojego nawrócenia po śmierci twego kochanka-zwodziciela, który przez dziewięć lat, ponieważ sama tego chciałaś, nieustannie zastawiał pułapki na twoją czystość i uczciwość”.

Dowiadujemy się, iż opuszczona niewiasta – na dodatek z dzieckiem-sierotą – udała się do ojców franciszkanów po pomoc. Chciała zostać tercjarką, by poprzez ostrą pokutę i uczynki miłosierdzia zmyć z siebie skutki wszystkich grzechów. Zdawałoby się, że tak zbożny cel nie napotka oporu ze strony duchowieństwa – stało się jednak inaczej. Przedstawiwszy swoją motywację, usłyszała od jednego z ojców odpowiedź krótką i bezlitosną: „Jesteś zbyt młoda i zbyt piękna”.

Nie dowierzano w szczerość jej nawrócenia. Obawiano się, iż osoba w tym wieku, obdarzona takim wdziękiem i przyzwyczajona do rozkosznego życia nie wytrwa w powołaniu służebnicy Bożej. A do tego miała małe dziecko... Wszelako Pan Bóg, widząc jej szczere intencje, zainterweniował i spełnił jej pragnienia. Syn dorósłszy wieku młodzieńczego, odkrył powołanie kapłańskie i wstąpił do zakonu, ona zaś w końcu otrzymała habit tercjarski i mogła spokojnie pielęgnować ducha franciszkańskiego.

Reszta jej nie tak długiego, bo pięćdziesięcioletniego życia nie upłynęła bynajmniej bezczynnie. Święta w roku 1286 założyła wraz z innymi tercjarkami szpital dla ubogich w Kortonie, któremu nadały wezwanie Matki Miłosierdzia (Santa Maria della Misericordia). Do ostatniego tchnienia nie przestała dziękować Bogu za wyratowanie z drogi do piekła i pełnić pokuty, aby móc w chwili sądu stanąć przed Panem w bielszej nad śnieg, pokropionej hyzopem, czystej szacie uczennicy, córki i oblubienicy Jezusa Chrystusa.

Przed śmiercią jej sława rozeszła się po Italii tak, że wielki Alighieri (również członek III Zakonu) odbył podróż do Kortony, by móc ją poznać. O szczególnych względach, jakimi Pan Bóg obdarzył św. Małgorzatę, świadczyć może zdarzenie związane z krucyfiksem, który do dziś wisi u franciszkanów w Kortonie. Podczas modlitwy pod tym krzyżem Boski Oblubieniec miał się zwrócić do swej służebnicy: „Czego pragniesz ode mnie, biedaczyno?” – używając przydomku samego św. Franciszka – „Tylko Ciebie, Panie” – odpowiedziała Święta.

Ciało Małgorzaty z Kortony Pan Bóg ozdobił wspaniałym cudem – mianowicie do dziś pozostaje ono w stanie nienaruszonym. Nie jest to jedyny taki przypadek wśród świętych, zważywszy wszakże na grzeszną przeszłość czczonej przez Kościół niewiasty, nabiera on szczególnego znaczenia. Okazuje się w tym bowiem już nie tyle moc, co wspaniała wszechmoc Boża nieznająca granic, odmieniająca stworzenie całkowicie i nie do poznania, wedle wyroku swego Miłosierdzia, spełniająca prawdziwie słowa Psalmisty, które wierni śpiewają przy pokropieniu w tradycyjnym rycie niedzielnej Mszy Świętej: Asperges me, Domine, hysopo, et mundabor; lavabis me et super nivem dealbabor (Psalm LI, 9).

12/24/2013

23 lutego: Św. Polikarp ze Smyrny



(zm. 156)

Polikarp ze Smyrny to jeden z Ojców Apostolskich, czyli tych, którzy depozyt wiary i sukcesję apostolską odebrali z rąk najbliższych uczniów Pańskich. Był do końca oddanym obrońcą prawowierności, której prawideł uczył się najbliżej Źródła – w niej utwierdzał swą trzodę, a w końcu oddał życie za Chrystusa, gorejąc w płomieniach ognia na pogańskim stosie.

Tradycja nie przekazała dokładnego miejsca urodzenia Świętego, ale zapewne była to Azja, skoro dowiadujemy się, iż przez Jana Ewangelistę został on skierowany na naukę do Smyrny (obecnie Izmir w Turcji), gdzie później został biskupem. W wieku trzydziestu lat przyjął święcenia kapłańskie, a konsekracji biskupiej miał mu udzielić – wedle świadectwa Tertuliana i Hieronima – sam umiłowany uczeń Pański Jan.

Opinie współczesnych mu chrześcijan stwierdzają, iż pełnił wzorowo obowiązki swego urzędu. Chociażby św. Ignacy Antiocheński pisał doń list z drogi do Rzymu, gdzie miał być umęczony. Kierował liczne pochwały pod adresem hierarchy smyrneńskiego, nazywając go między innymi „atletą Chrystusowym”.

Polikarp znany jest z bardzo zdecydowanej postawy względem heretyków, której nauczył się od swego mistrza św. Jana. On przekazał potomności anegdotę o tym, jak Ewangelista przybywszy do łaźni dowiedział się, iż przebywa tam odstępca od prawdziwej wiary i zwodziciel dusz, niejaki Cerynt – pospiesznie opuścił łaźnie i to samo nakazał swym uczniom, do których rzekł: „Uciekajcie, a prędko, aby się ta łaźnia, w której jest Cerynt, nieprzyjaciel prawdy Bożej, wnet nie zapadła”. Współcześnie niestety – w czasach, gdy w imię ekumenizmu wpuszcza się heretyków protestanckich, by głosili kazania w katolickich świątyniach – ten aspekt biografii zarówno Jana jak i Polikarpa jest przemilczany.

Pewnego zaś Polikarp napotkał herezjarchę Marcjona, który zachęcał go do zawarcia bliższej znajomości, mówiąc: „Poznaj mnie, proszę”, na co Święty miał odpowiedzieć: „Znam cię, żeś pierworodny syn diabelski”. Taka postawa uchodzi dziś coraz częściej za ciemnotę i występek przeciwko miłości bliźniego, ale dzieje się tak ponieważ zapominamy, że Miłość Boża jest jak medal, na którego rewersie widnieje nienawiść wszystkiego, co jest tej Miłości zaprzeczeniem, a kto sprzeciwia się jej do końca, świadomie nie uznając zwierzchnictwa prawdziwego Chrystusowego Kościoła, sam skazuje się na męki wieczne i nieporównywalne z żadnym innym cierpieniem. Stąd też chrześcijańska miłość bliźniego ma wyrażać się w trosce o los duszy ludzkiej w wieczności 
– inaczej niż miłość światowa, która podobnej troski nie zna.

Biskup Smyrny cieszył się powszechnym poważaniem w swojej diecezji, największych natomiast wrogów miał wśród zacietrzewionych pogan, którzy zdolni byli podjudzić tłum przeciwko świętemu słudze Bożemu. Okazją do tego stały się prześladowania wszczęte przez wybitnego, ale nie zdolnego jeszcze zrozumieć „religii Nazareńczyka” – cesarza-filozofa Marka Aureliusza.

Podczas męczenia innych chrześcijan pospólstwo zaczęło domagać się krwi sławnego biskupa. Był on już wówczas bardzo podeszły w wieku, ponieważ dożył prawie stu lat. Wierni namówili go do ucieczki z miasta, co uczynił bardziej przez wzgląd na swą trzodę, niż na samego siebie. W końcu jednak siepacze cesarscy dopadli go w posiadłości wiejskiej, w której się ukrywał.

Starzec przywitał ich spokojnie, dał do zrozumienia, iż wie, po co przyszli i że gotowy jest na śmierć. Zaprosił ich nawet na obiad! Sam poprosił tylko o godzinę na modlitwę. Jak gorliwa, jak pełna świętego zapału męczennika idącego na śmierć z miłości do swego Pana musiała być ta ostatnia modlitwa!

Sędzia zaproponował mu to, co było w stałym zwyczaju ówczesnych władz cesarstwa: zaprzyj się Chrystusa, bluźnij mu i zapal kadzidło na cześć naszych bogów, a będziesz żył. Ale Święty nie chciał żyć – przynajmniej nie w tym znaczeniu, jakie miał na myśli poganin. Chciał osiągnąć życie wieczne, które czekało go za bramą tego ostatniego na ziemi cierpienia.

Wyznał, iż od lat służy Chrystusowi Królowi i nie zamierza porzucić Jego świętej Wiary. Wówczas sędzia zagroził, iż zostanie spalony żywcem, na co Polikarp chętnie przystał, odebrawszy wcześniej od Boga zapewnienie, że doda mu On męstwa podczas kaźni. Powiedział tylko, że nie lęka się ognia, który gaśnie, ale że istnieje ogień, o którym nie wiedzą czciciele bałwanów, a który jest nieugaszony.

Rozpalono zatem stos, w który Święty wszedł bez zwlekania. W tym momencie zdarzył się cud – płomienie otoczyły jego postać, nie dotykając ani nie szkodząc ciału. Rozwścieczeni poganie zaczęli krzyczeć, by przebito go włócznią, co też uczyniono. Podanie głosi, iż krew wytoczona z jego piersi wylała się tak obficie, iż zagasiła ogień.

24 lutego: Św. Etelbert, król Kentu



(zm. 616)

W 601 roku przybyła do Stolicy Apostolskiej grupa mnichów-misjonarzy z Wysp Brytyjskich, ogłaszając radosną wiadomość. Oto władca jednego z walczących ze sobą państewek pod wpływem swej świątobliwej małżonki oraz misjonarza Augustyna pochylił głowę pod zbawienny strumień wody chrztu świętego. Nie od razu wszakże król Etelbert sprawił tę radość Namiestnikowi Chrystusa – miał za sobą prawie pięćdziesiąt lat rządów, zanim nachylił się do Zdroju Życia.

Ówczesne ziemie angielskie były podzielone na mnóstwo różnych władztw, które walczyły ze sobą o hegemonię, a ich liczba zmieniała się w zależności od wyników tych walk. Na południowym wschodzie znajdowało się państwo (obecnie hrabstwo) Kentu, którym rządził Etelbert. Pierwszym historycznym faktem jego biografii, jakiego jesteśmy pewni, jest ślub z córką króla Franków Childeberta – Bertą. Miało to miejsce około roku 588.

Był to zarazem pierwszy wyraźny ruch, jaki Opatrzność Boża wykonała w ramach chrystianizacji królestwa – Childebert bowiem postawił warunek: wyda córkę za Etelberta, ale ona przyjedzie na jego dwór wraz ze swoim kapelanem. Tak pierwszy głosiciel Królestwa Bożego znalazł się w królestwie Kentu.

Następnym krokiem było przysłanie przez papieża św. Grzegorza Wielkiego misjonarza św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury). Przykład jego na wskroś chrześcijańskiego życia uwieńczył dzieło, które rozpoczęła pobożna Berta. Władca przyjął chrzest i szczerze przejął się misją rozszerzenia chrześcijaństwa na podległych mu ziemiach. Wkrótce za jego przykładem poszli inni władcy i tak prawdziwa religia ponownie zapuściła korzenie na terenach późniejszej zjednoczonej Anglii.

Etelbert prowadził odtąd działalność fundacyjną, budując świątynie w Canterbury, Londynie i Rochester, które zostały wkrótce podniesione do godności katedralnej. Już w 598 roku praca misjonarzy przynosiła duże, odnotowane w korespondencji ze Stolicą Apostolską owoce, wszelako po nawróceniu władcy stała się nieporównanie wydatniejsza. Mądry monarcha, który sam dogłębnie 
poznał świętą wiarę, zanim przyjął chrzest, był świadom, że konwersja powinna być aktem wolnej woli. Dlatego nakłaniał, a nie zmuszał poddanych, a mimo to – albo dzięki temu – liczbę nawróconych można liczyć w dziesiątkach tysięcy.

Ojciec Święty Grzegorz I, wielki animator działalności misyjnej i mężny sternik łodzi Piotrowej, zachęcał władcę do zachowania i krzewienia wiary: „Chwalebny Synu, pilnie strzeż łaski, jaką otrzymałeś od Boga; staraj się w poddanych ci narodach szerzyć wiarę chrześcijańską” i zwracał się słowami świadczącymi o prawdziwym uznaniu dla króla Kentu: „Ten bowiem, którego czci szukacie i w narodach ją zachowujecie, rozsławi również imię Waszej Chwalebności nawet u przyszłych pokoleń. Bo tak niegdyś najpobożniejszy cesarz Konstantyn, odwodząc rzeczpospolitą rzymską od przewrotnych kultów bałwochwalczych, poddał ją i siebie Bogu wszechmocnemu, Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, i sam z podległymi narodami całą duszą nawrócił się do niego. Skutek tego był taki, że mąż ów przyćmił swą chwałą imię władców starożytnych i tak w opinii, jak i dobrym działaniu przewyższył swych poprzedników. Niechże więc i teraz Wasza Chwalebność stara się wpoić królom i narodom jej poddanym znajomość jednego Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego.”

Św. Beda Czcigodny odnotował, iż Etelbert sprawował rządy przez pięćdziesiąt sześć lat. Po tak długich rządach, odznaczywszy się nie tylko gorliwością religijną, ale także działalnością administracyjną i prawodawczą (jest autorem pierwszego zachowanego anglo-saskiego kodeksu prawnego), po wielu latach szczęśliwego pożycia z królową Bertą, oddał ducha Panu Bogu i został pochowany u boku ukochanej małżonki w kościele św. Marcina w Canterbury.

25 lutego: Św. Cezary z Nazjanzu




(ok. 330 – 369)

Cezary, urodzony niedaleko Nazjanzu w Kapadocji, pochodził z rodziny, w której świętość prawdziwie obfitowała. Chwały ołtarzy doczekali się zarówno rodzice, św. Grzegorz Starszy i św. Nona, jak i trójka ich dzieci – Grzegorz, Gorgonia i Cezary. Ten ostatni i najmłodszy jest przypadkiem ciekawym, gdyż nie wsławił się żadnego rodzaju działalnością religijną, nie piastował żadnych duchownych godności, a cała jego świętość polegała na wiernym wypełnianiu obowiązków stanu i rozsiewaniu wokół siebie przykładu chrześcijańskiego życia i miłości bliźniego.

Od dziecka cechowało go zamiłowanie do wiedzy, a jako że był dobrze urodzony, nic nie stało na przeszkodzie, by je rozwijać. Udał się do szkoły w Aleksandrii i zdobył wykształcenie w zakresie astronomii i geometrii, a przede wszystkim medycyny. Następny okres jego życia to kariera dworska na służbie dwóch cesarzy – Juliana Apostaty, potem Walensa.

Zasłynął w Konstantynopolu jako znakomity lekarz, ale pochwały, jakie jego brat św. Grzegorz kierował ku niemu w listach, świadczą o nadzwyczajnym rozwinięciu chrześcijańskich cnót nadwornego medyka. Niemniej chrzest przyjął on bardzo późno, co było zgodne ze zwyczajem Kościoła w pierwszych wiekach. Katechumen przechodził długą formację i zgłębiał Chrystusową naukę, by po latach – czasem na łożu śmierci – dostąpić łaski pełnego włączenia do społeczności Kościoła.

Jego decyzję poprzedził znak od Boga, który odczytał w bieżących wydarzeniach mających miejsce w Bitynii, gdzie przebywał akurat z jakąś misją cesarską (mianowany kwestarzem w roku 368). Azję Mniejszą nawiedziła wówczas seria kataklizmów i Święty oglądał na własne oczy wielkie trzęsienie ziemi, które zrównało z ziemią miasto. Zrozumiał, że nie pora już zwlekać, skoro śmierć jest tak blisko. Przyjął chrzest i jakby na potwierdzenie owego bityńskiego natchnienia zmarł w rok po przełomowym wydarzeniu.

26 lutego: Św. Aleksander z Aleksandrii



(ok. 250 – 326)

Święty patriarcha egipskiej Aleksandrii wsławił się jako obrońca Boskiej godności Chrystusa Pana przed bluźnierczymi naukami Ariusza i jako wzorowy zarządca diecezji, troskliwy pasterz i wzór osobistych cnót. Od dziecka przylgnął całym sercem do Kościoła Bożego, pełniąc przy świątyni rozmaite funkcje, przez całe życie cieszył się wielkim mirem wśród duchowieństwa, dlatego po śmierci biskupa aleksandryjskiego został bezsprzecznie wyznaczony jego następcą.

Na przewrotności Ariusza poznał się bardzo wcześnie i zaczął go zwalczać, zanim herezjarcha wystąpił z szaleńczą teorią, iż Pan Jezus nie jest prawdziwym Synem Bożym, ale „adoptowanym”. Kiedy zaś kacermistrz wystąpił publicznie, Aleksander zwołał synod, który potępił błędne poglądy. Później wyrok owego zgromadzenia biskupów został powtórzony na Soborze Powszechnym w Nicei (325 r.). Zachowały się listy Aleksandra do Konstantyna Wielkiego z prośbą o zwołanie soboru, natomiast na samych obradach w jego imieniu przemawiał słynny św. Atanazy.

Święty zasłużył się jako sprawny administrator diecezji, pilnując porządku i fundując największy w Aleksandrii kościół, pod wezwaniem św. Teonasa. Do pustelników żyjących na odludziach Afryki posyłał kapłanów ze spowiedzią i z Panem Jezusem. Zachowało się po nim siedemdziesiąt listów. W wieku około siedemdziesięciu sześciu lat wierny sługa Boży zamienił ziemską dolę na szczęśliwość niebieską, a na stolicy aleksandryjskiej zasiadł jego diakon Atanazy.

12/23/2013

27 lutego: Św. Gabriel Perdolente



"Święty uśmiechu"

(1 marca 1838 – 27 lutego 1862)

Nieco dziwnie brzmiący przydomek świętego Włocha nie jest bynajmniej jego nazwiskiem, lecz mianem, które otrzymał w zakonie, a znaczy po prostu „od Matki Bożej Bolesnej”. Było wyrazem jego szczególnego nabożeństwa do tego właśnie aspektu życia Bożej Rodzicielki i wpisywało się w charyzmat zgromadzenia, którego był członkiem. Urodzony jako Francisco Possenti przyszedł na świat w Asyżu, mieście, z którego wywodził się sam Franciszek Seraficki. Niepokalana już we wczesnej młodości dała mu znać, iż ma co do niego wyjątkowe oczekiwania, osobiście bowiem zachęciła go, aby wstąpił do zakonu ojców pasjonistów w Morovalle koło Maceraty.

Zanim jednak osiadł w tej duchowej przystani, zwiedził trochę miast włoskich, gdyż jego ojciec – gubernator Asyżu i przyległości z ramienia Państwa Kościelnego – zmieniał parokrotnie miejsce pobytu, aż osiadł w końcu w Spoleto. Matka umarła przedwcześnie, gdy chłopiec miał cztery lata. Uczył się w szkole braci lasalian, a następnie w kolegium jezuickim. Był zwyczajnym pozytywnie nastawionym do życia młodzieńcem, synem italskiej ziemi. Lubił zabawy, grę w karty, tańce i polowania. Ale równocześnie łaska Boża delikatnie pociągała go do doskonalszego życia, więc coraz częściej rezygnował z rozrywki na rzecz modlitwy i skupienia ducha.

Miał szczęście trafić na pewnego męża Bożego, pustelnika zamieszkującego na odludziu koło miejscowości Monteluco. Młody Franciszek przesiadywał u niego godzinami, rozmawiając o tajemnicach Wiary, które Bóg rozjaśniał przed oczami umartwionego starca. Po pokonaniu początkowego oporu ojca wstąpił do zgromadzenia pasjonistów, którego celem zapisanym w regule było kultywowanie Męki Pańskiej i Boleści Najświętszej Maryi Panny.

Odtąd jako brat Gabriel od Matki Bożej Bolesnej pielęgnował w sobie – zresztą w zgodzie z charyzmatem zakonu – ducha pokuty i zadośćuczynienia za ludzkie grzechy. Była to odpowiedź na ciężkie doświadczenia epoki, gdy sekta masońska odnosiła coraz to nowe sukcesy (rozbijanie państw katolickich, a w końcu samego Państwa Kościelnego, wprowadzanie „ślubów” cywilnych etc.). Święty był gotów znieść każde umartwienie i cierpienie, byle tylko pocieszyć dwa Najświętsze i Najniewinniejsze Serca – Jezusa i Maryi. Jednocześnie fra Perdolente zachowywał zawsze niezachwianą pogodę ducha, do tego stopnia, iż został nazwany Santo del sorriso – Świętym uśmiechu.

Miał zwyczaj powtarzać współbraciom: „Miłość za miłość, krew za krew, cierpienie za cierpienie. Pan Bóg nie patrzy na ilość, ale na jakość. Trzeba służyć Bogu wielkim sercem i płomienną duszą”. Pan Bóg widząc jego chęć ofiary, szybko powołał go do swego królestwa, gdyż brat Gabriel porzucił ziemię w wieku dwudziestu czterech lat – jako święty młodzian – nie doczekawszy nawet święceń kapłańskich. Zmarł na gruźlicę. Jego beatyfikację ogłosił papież św. Pius X w roku 1908, zaś w roku 1920 Benedykt XV zaliczył go w poczet świętych. Brat Gabriel został patronem kleryków i młodych zakonników, a także Akcji Katolickiej.

28 lutego: Św. Roman Jurajski, opat



(ok. 390 – ok. 463/4)

Na początku VI wieku jeden z mnichów założonej przez św. Romana i jego rodzonego brata wspólnoty zakonnej napisał tak zwane Żywoty Ojców Jurajskich. Jest to piękna historia dwóch mężczyzn, którzy w różnych momentach swego życia wywędrowali na odludzie i wspólnie podjęli drogę umartwienia i radosnego ubóstwa. Pan Bóg zaś widząc ich szczerą miłość i wielki potencjał, posłużył się nimi, aby przynieść Kościołowi nowe dobro w postaci ośrodka klasztornego, będącego prawdziwym centrum chrześcijańskiego doskonalenia.

Św. Roman urodził się w miejscowości Izernore w regionie Bugey (południowy-wschód dzisiejszej Francji). Chciał zostać mnichem, a jako że w jego rodzinnych stronach nie powstała jeszcze żadna wspólnota, udał się do Ainay pod Lyonem, by zostać uczniem tamtejszego opata Sabina. Uzyskawszy wstępną formację, postanowił żyć samodzielnie. Zamieszkał w pustelni w górach Jura (północne odgałęzienie Alp), obok miejscowości Condat nad rzeką Bienne. Zbudował chatkę niedaleko strumienia, przy drzewie figowym, które żywiło go swymi owocami. Ponadto przysposobił pobliskie pole pod uprawę i utrzymywał się całkowicie z pracy własnych rąk, każdą wolną chwilę poświęcając Bogu.

Po jakimś czasie dołączył do niego owdowiały przedwcześnie brat – św. Lupicyn. Charaktery mieli zupełnie różne. Roman był usposobienia łagodnego, skłonny do refleksji i cichy – Lupicyn zaś był obyczajów surowych, zasadniczy, wręcz szorstki. Nie spotkali się jednak na tym odludziu po to, żeby sobie umilać życie, lecz żeby służyć Bogu i hartować się, poddając ciało pod panowanie ducha. Spali niewiele i na gołej ziemi, wspólnie pracowali, chwalili Pana pobożnym śpiewem oraz lekturą.

Przeklęty nieprzyjaciel ludzkiego zbawienia widząc tak wspaniałe owoce ich bogobojnej zgody, był wściekły i chciał za wszelką cenę przegonić ich z błogosławionego miejsca, w którym zjednywali sobie tyle zasług na życie wieczne. Nasyłał na nich legiony demonów, które oprócz wszystkich dręczeń czyniły im również krzywdę fizyczną, raniąc kamieniami podczas pracy. Bracia, chcąc ujść tym szalonym razom diabelskim, wywędrowali w końcu z pustelni. Po drodze zatrzymali się w gospodzie i tam czekało ich upomnienie od Bożej Opatrzności. Pewna pobożna niewiasta, usłyszawszy ich opowieść, pouczyła ich, że przecież diabeł nie ma mocy w obliczu Krzyża Świętego i wytrwałej modlitwy dusz oddanych Bogu. Zawstydzeni mężowie powrócili do swej chatki i niestrudzonym oporem zmogli zakusy szatańskie.

Była to próba, a gdy okazało się, że niestraszne im żadne przeciwności, zaczęli wokół nich gromadzić się uczniowie. Z czasem było ich tak wielu, że bracia byli zmuszeni wznieść klasztor, aby wszystkich pomieścić i zapewnić warunki wspólnotowego życia, które urządzili inspirując się regułami świętych Bazylego, Pachomiusza i Hilarego z Arles (dopiero po paru wiekach założone przez nich zgromadzenia przyjęły regułę św. Benedykta).

W 444 roku Roman przyjął święcenia kapłańskie i stanął na czele wciąż rozrastającej się wspólnoty. Kolejne domy zakonne powstały w Lauconum (obecnie Saint-Lupicin) i Balmie (obecnie Saint-Romaine-de-Roche). W jednym zamieszkały mniszki, a wśród nich rodzona siostra Romana i Lupicyna. Św. Roman do końca życia krzepił braci w wierze, budował w cnotach i dawał przykład surowego życia. Zachowały się też świadectwa, iż Bóg dał mu moc czynienia cudów. Zmarł wycieńczony wieloletnią pracą, podczas wizyty u siostry w Balmie. Później przeniesiono jego relikwie do pierwotnej wspólnoty w Condat, która nie ostała się niestety wobec barbarzyńskiej fali XVI-wiecznej „reformacji”.

1 marca: Św. Feliks III, papież



(zm. 492)

Papież św. Feliks III znany jest z pokrewieństwa ze swym wielkim następcą św. Grzegorzem I, którego był... pradziadkiem. Nie należy jednak doszukiwać się żadnych skandali w jego życiorysie, albowiem fakt ten pochodzi stąd, iż święcenia kapłańskie przyjął jako wdowiec. Sam natomiast był synem żonatego kapłana, po którym otrzymał imię. Były to czasy, kiedy prawo dotyczące celibatu nie było jeszcze sformułowane, co nie oznacza, że nie panowało przekonanie, iż bezżeństwo lepiej służy poświęceniu się obowiązkom kapłańskim.

Feliks pochodził z arystokratycznej rodziny rzymskiej o tradycjach senatorskich. Wcześnie wszedł w związek małżeński z obywatelką Rzymu Petronią, która urodziła mu dwójkę dzieci – Giordana i Petronię, babkę Grzegorza Wielkiego. Po śmierci małżonki przyjął święcenia kapłańskie w roku 472. Pracował jako diakon kościoła rzymskiego przez jedenaście lat. Zjednał sobie poważanie duchowieństwa i ludności, dlatego w roku 483 został wybrany następcą zmarłego papieża św. Symplicjusza.

Jego pontyfikat pełen był niepokojów i dylematów. Przyszło mu zmagać się z naporem herezji wspieranej przez władców świeckich – z sektą Ariusza (należał do niej germański wódz Odoaker, który zawładnął Rzymem) oraz błędnymi poglądami monofizytów popieranych przez basileusa Zenona Izauryjczyka. Ponadto został postawiony przed problemem ponownego przyjęcia do wspólnoty Kościoła tych, którzy ulegli prześladowaniom i wyrzekli się prawdziwej wiary Chrystusowej.

Na Zachodzie i w Afryce Północnej szalał arianizm podtrzymywany przez heretyckich biskupów i przenoszony przez zarażone jadem błędu plemiona germańskie. Zmuszali oni wiernych katolików do ponownego przyjmowania chrztu z rąk duchownych ariańskich. Kwestię ich ponownej konwersji papież rozsądził rygorystycznie, dozwalając tego świeckim po długiej pokucie, duchownym zaś jedynie w obliczu śmierci.

Na Wschodzie natomiast objawiły się po raz pierwszy z taką siłą symptomy niepohamowanej pychy tamtejszych władców duchownych i świeckich, która miała w końcu oderwać tę część Europy od Arki Zbawienia. Mianowicie patriarcha Konstantynopola Akacjusz, mimo wszystkich dyplomatycznych starań i napomnień papieskich, nie chciał odstąpić od poparcia sekty monofizytów, aż w końcu Najwyższy Pasterz nałożył na niego anatemę. Nawet to nie sprowadziło opamiętania, wręcz przeciwnie, dumny hierarcha ogłosił w swojej diecezji obłożenie klątwą biskupa Rzymu i tak zaczął się okres trzydziestoletniej schizmy akacjańskiej, zakończony dopiero w 519 roku za panowania Justyniana I i pontyfikatu św. Horzmizdasa.

Po dziewięciu latach niełatwej posługi św. Feliks przeniósł się do królestwa niebieskiego, a jego doczesne szczątki – jako jedynego spośród następców Piotra – spoczęły w grobowcu rodzinnym obok żony i dzieci, w Bazylice św. Pawła za Murami.

2 marca: Św. Aniela od Krzyża



(30 stycznia 1846 – 2 marca 1932)

María de los Ángeles Guerrero y González urodziła się w Sewilli, w wielodzietnej, ubogiej, lecz bardzo pobożnej rodzinie. W stolicy Andaluzji spędziła dzieciństwo, stoczyła pierwsze zmagania z dorosłym życiem, spełniła swą opatrznościową misję i tu również zakończyła swe święte życie. Jej rodzice, Franciszek i Józefina, pracowali przy pobliskim klasztorze trynitarzy, skąd płynęły do niej pierwsze sygnały powołania, dźwięczące w oddanych Bogu sercach jej rodziców.


Ojciec przekazał jej pasję dobrej katolickiej lektury, matka zaś, która troszczyła się o wystrój kościoła parafialnego – zamiłowanie do modlitwy i wyczulenie na potrzeby bliźnich. Maria zaczęła naukę w szkole, lecz musiała ją przerwać z powodu niedostatków materialnych w domu. Zatrudniła się w zakładzie szewskim, co okazało się opatrznościowe, ponieważ za pośrednictwem swej przełożonej poznała księdza kanonika José Torresa Padillę, dzięki któremu odkryła powołanie.

W roku 1865 chciała wstąpić do karmelitanek bosych, lecz nie przyjęto jej z powodu słabego stanu zdrowia. Odtąd jej życie stało się zobrazowaniem prawdy, iż nieprzeniknione są drogi Boże, a łaska pociąga człowieka do świętej służby „jak nie tędy, to owędy”. Nie mogąc wstąpić do zakonu, młoda kobieta zaczęła angażować się w służbę chorym i ubogim.

W 1868 roku ponownie rozpoczęła postulat, tym razem w Zgromadzeniu Córek Miłości. Ponownie też musiała przerwać formację zakonną z powodu choroby. W roku 1871 złożyła prywatne śluby życia według rad ewangelicznych, a już dwa lata później miały się wyjaśnić jej dotychczasowe „niepowodzenia”. W mistycznej wizji ujrzała dwa krzyże. Na jednym wisiał Pan Jezus. Drugi był pusty. Ten prosty znak, mówiący o potrzebie cierpienia dla Chrystusa i dźwigania swojego krzyża, stał się momentem przełomowym dla Świętej. Zrozumiała, że jej zadaniem jest stworzenie nowej rodziny zakonnej.

W 1875 roku założyła Towarzystwo Sióstr od Krzyża – zgodnie z daną jej przez Boga wskazówką. Tajemnica Krzyża i służba potrzebującym miały być drogą do Boga w nowo powstałej wspólnocie, która bardzo szybko rozprzestrzeniła się po całej Hiszpanii. „Stać się ubogim dla ubogich, aby zaprowadzić ich do Chrystusa” – brzmiała dewiza sióstr. W 1879 roku biskup Sewilli zatwierdził regułę zgromadzenia, a w roku 1904 to samo uczynił papież św. Pius X. Zmarłą w opinii świętości beatyfikował i kanonizował Jan Paweł II w latach 1982 i 2003, podczas uroczystości w Sewilli.

3 marca: Św. Kunegunda Luksemburska, cesarzowa



(ok. 978 – 1033)

Św. Kunegunda, królowa Niemiec i pani Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, urodziła się w rodzinie Zygfryda I, hrabiego Luksemburga. Niemcy ówczesne były polem nieustannych walk o tron cesarski, kto już zaś na nim zasiadł, rozpoczynał ofensywę mającą na celu podporządkowanie Stolicy Apostolskiej i ciemiężenie słabszych sąsiadów. Prowadzenie przykładnego życia chrześcijańskiego dla niemieckiego arystokraty, a tym bardziej króla czy cesarza nie było w takich okolicznościach łatwe. Tym bardziej warto podziwiać tych, którym udało się to i dostąpili chwały ołtarzy.

Na przełomie X i XI wieku Kunegunda została wydana za Henryka, księcia bawarskiego, który następnie został królem (1002 r.) i cesarzem (1014 r.). Święta wyszła za mąż w dorosłym wieku i już po tym, jak złożyła prywatny ślub dozgonnej czystości. Na szczęście jej małżonek, również człowiek pobożny, zgodził się na zachowanie wstrzemięźliwości. Żyli, naśladując związek Maryi i Józefa, wyrzekając się perspektywy dziedziczenia tronu przez ich potomka. Miłość, jaką zaczerpnęli z Bożego Serca, obfitowała działalnością dobroczynną i fundacyjną małżonków zdolnych do tak wielkiego wyrzeczenia. Zbudowali między innymi słynną katedrę w Bambergu.


Pożycie małżeńskie układało się szczęśliwie, choć wiadomo, że nic na tej ziemi nie jest pozbawione krzyża, czego miała doświadczyć Kunegunda w okolicznościach dość niespodziewanych. Otóż kilku zawistnych dworzan posądziło monarchinię o sprzeniewierzenie się mężowi. Małżonkowie byli pewni swej uczciwości, ale takie pomówienie mogło być ogromnym zgorszeniem dla poddanych, dlatego Święta zdecydowała poddać się tzw. sądowi bożemu. Był to starogermański zabobon trwający jeszcze jakiś czas po przyjęciu chrześcijaństwa, który polegał na tym, że osobę oskarżoną poddawano jakieś próbie – najczęściej ognia lub wody – wierząc, iż bogowie (w tym wypadku Bóg) nie dopuszczą, by niewinnemu stała się krzywda.

Cesarzowa miała przejść po rozżarzonych do czerwoności prętach. Gdy odczytano wyrok, uklękła i wypowiedziała krótką modlitwę: „Panie i Boże mój, bądź mi świadkiem, że nie złamałam wiary poślubionej memu małżonkowi” – w odpowiedzi usłyszała głos: „Bądź odważna, dziewico Kunegundo, Maryja Panna wysłucha twej modlitwy!”. Wówczas wstąpiła bez lęku i przeszła całą kilkunastometrową drogę. Na końcu czekali lekarze, którzy nie stwierdzili najmniejszego śladu poparzeń na jej stopach. Ogłoszono niewinność oskarżonej, a lud, radując się z tego cudu, wołał: „Nasza kochana cesarzowa jest niewinna! W ogień oszczerców!”. Dobra pani ulitowała się jednak nad nieuczciwymi dworzanami i wyprosiła im darowanie życia.

Św. Kunegunda wspierała Henryka II w rządzeniu rozległym imperium, a po jego śmierci w 1024 roku pełniła rządy regencyjne przed przekazaniem władzy Konradowi II. Będąc uwolnioną z więzów małżeńskich, postanowiła poświęcić się służbie Bożej. Uroczystości poświęcenia ufundowanego przez nią benedyktyńskiego klasztoru w Kaufungen zostały połączone z ceremonią zrzeczenia się cesarskiej godności i przyjęcia mniszego habitu. Po Ewangelii cesarzowa podeszła do ołtarza, złożyła u jego stóp kosztowne szaty i przyjęła mniszą sukienkę, którą własnoręcznie wykonała.

W klasztorze nie chciała rządzić, lecz być prostą mniszką wykonującą wszystkie najniższe czynności. Nigdy nie zapomniała wszakże o godności i powołaniu służebnicy Bożej, dlatego bezkompromisowo wkraczała do akcji, jeśli w jej rodzinie zakonnej plenił się jakiś grzech. Pewnego razu jedna z sióstr zaczęła podupadać duchowo i mieć zamiłowanie w świeckich przyjemnościach, z zaniedbaniem duchowych obowiązków. Była cesarzowa, gdy dowiedziała się, że owa mniszka spożywa dodatkowy posiłek, zamiast być z innymi na Drodze Krzyżowej, wtargnęła do jej celi i wymierzyła jej silny policzek. Pan Bóg chciał pouczyć zagubioną owcę i nadprzyrodzonym sposobem sprawił, że palce Kunegundy zostawiły trwały ślad na twarzy jej współsiostry.

W klasztorze przeżyła osiem lat, a gdy była już na łożu śmierci, dowiedziała się, iż szykuje się dla niej wystawny pogrzeb z cesarskim ceremoniałem. Pouczyła siostry i organizatorów, iż taka ceremonia dobra jest dla osoby świeckiej, a nie dla mniszki, którą ona została i w mniszym stroju chce być pogrzebana. Prosiła tylko, by złożyć jej doczesne szczątki w Bambergu obok męża, który wzywa ją już do królestwa niebieskiego. Kult cesarzowej-mniszki rozszerzył się od razu po jej śmierci, a zatwierdził go papież Innocenty III w roku 1200.



4 marca: Św. Kazimierz, królewicz


... wkrótce :-)

5 marca: Św. Jan Józef od Krzyża



(1654 – 1734)

Jan Józef od Krzyża to imię zakonne włoskiego arystokraty Karola Gaetano urodzonego na wyspie Ischia w zatoce neapolitańskiej. Jego pamięć jest wciąż żywa w rodzinnej wsi Ponte, gdzie rokrocznie odbywa się czterodniowy odpust ku czci Świętego. Nie jest to jedyne miejsce, w którym ludność otacza go kultem. Pamiętają o nim także mieszkańcy Neapolu, którzy przekazują z pokolenia na pokolenie legendę, według której ojciec Jan Józef przybył do ich miasta, by być świadkiem cudu krwi św. Januarego. Zmierzając do świątyni zgubił laskę w tłumie – miał wówczas nie tylko przenieść się cudownym sposobem przed wrota kościoła, ale i sama laska uniosła się w powietrzu, przemieszczając się do rąk swego właściciela.

Karol był jednym z siedmiu synów Józefa i jego małżonki Laury Gargiulo, przy czym aż pięciu z nich wybrało stan duchowny. Cechowała go od dziecka pogarda dla dóbr ziemskich, właściwa chrześcijanom aspirującym do wyższych stopni duchowej doskonałości. Chodził zawsze ubrany skromnie, wręcz ubogo, pomimo znakomitego pochodzenia i wysokiego statusu majątkowego. W wieku piętnastu lat wstąpił do zreformowanej przez św. Piotra z Alcantary gałęzi zakonu św. Franciszka – takk zwanych franciszkanów bosych lub alkantarzystów.

Nowicjat rozpoczął w klasztorze św. Łucji (Santa Lucia al Monte) w Neapolu. Młodziutki brat Jan Józef wziął sobie do serca surowe wskazania reformatora zakonu i prowadził życie przykładnie ascetyczne. Dlatego to właśnie jemu powierzono (już po trzech latach spędzonych w zakonie) kierownictwo nad rozbudową konwentu Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Piedimonte. Zbudowawszy tam nowy klasztor (zwany „Samotnią”), został jego pierwszym gwardianem. Tam też wbrew swojej woli, a jedynie z posłuszeństwa, przyjął święcenia kapłańskie.

Był to dopiero początek jego ofiarnej służby na rzecz franciszkanów bosych. Równocześnie prowadził nowicjat i wspierał budowę nowego klasztoru w Neapolu. Kiedy natomiast zgromadzenie alkantarzystów podzieliło się na dwie zwaśnione prowincje, hiszpańską i włoską, pracował gorliwie na rzecz pojednania, by po dwudziestu latach doprowadzić do ponownego połączenia. Władze zakonne wyznaczyły mu trudne zadanie przywrócenia dyscypliny we wszystkich konwentach, które nawiedzał z mieczem Słowa Bożego i batem surowej reguły.

Św. Jan Józef od Krzyża był obdarzony licznymi darami cudownymi. Miewał widzenia Matki Bożej z Dzieciątkiem, wykazywał zdolność bilokacji, uzdrawiania i proroctwa, zachowała się nawet relacja o wskrzeszeniu przezeń pewnego markiza. Święty przewidział datę swojej śmierci – powiedział do współbraci: „Wkrótce atak powali mnie na ziemię. Będziecie musieli mnie podnieść, ale będzie to ostatnia rzecz, jakiej doświadczę”. Tak też się stało. 5 marca 1734 zmarł na atak apopleksji, co otworzyło mu bramy wiecznej szczęśliwości. 


Beatyfikację ogłosił Pius VI w roku 1789, kanonizację zaś w 1839 roku Grzegorz XVI. Relikwie ojca Jana Józefa przez wieki spoczywały w klasztorze św. Łucji w Neapolu, natomiast w roku 2003 nastąpiła ich translacja do klasztoru Franciszkanów na rodzinnej wyspie Świętego.

6 marca: Św. Róża z Viterbo



(ok. 1233 – ok. 1252)

Róża z Viterbo żyła krótko (niecałe dwadzieścia lat), a informacje biograficzne na jej temat są nader skromne, lecz mimo to jest ona postacią znaną na świecie i do dziś inspirującą wyobraźnię mieszkańców jej rodzinnej miejscowości. Folklor z nią związany należy do tych przejawów starodawnych obyczajów, które mimo upływu czasu zachowują pierwotną atrakcyjność, a ludzie różnych epok pielęgnują je z pełnym powagi i dumy namaszczeniem.

Co roku we wrześniu w Viterbo ma miejsce czterodniowe święto ku czci św. Róży. Ostatniego dnia wieczorem gasną wszystkie światła w mieście, ludzie zajmują miejsca na ulicach i balkonach, a mężczyźni przenoszą przez miasto ogromną (30 metrową), podświetloną wieżę, ozdobioną ręcznie wykonanymi różami. Nazywa się ona Macchina di Santa Rosa. Osobliwością tego święta jest to, że nie zostało skomercjalizowane i biorą w nim udział głównie mieszkańcy Viterbo.

Żywot Świętej obrósł licznymi legendami, tak że trudno czasem wyłuskać z niego fakty potwierdzone. Mówi się, że była tak piękna, iż zaczęto nazywać ją Różą, że jako dziecko wskrzesiła swą ciotkę, i wiele innych rzeczy. Wiadomo wszakże, iż pochodziła z ubogiej i bogobojnej rodziny rolniczej, która wpoiła jej od urodzenia przywiązanie do świętej religii i prostej duchowości skupionej na miłości Boga i bliźniego.

Pierwszych stanów mistycznych miała doświadczyć już w wieku ośmiu lat, co wydaje się prawdopodobne, jeśli zważymy na młodzieńcze dokonania, które wsławiły ją po śmierci, a za życia stały się przyczyną prześladowania przez rodaków. W wieku dwunastu lat wstąpiła do Trzeciego Zakonu św. Franciszka, a parę lat później ciężko zachorowała. Swoje cierpienia ofiarowała w intencji ciągnącej ku Ziemi Świętej VI Wyprawy Krzyżowej.

Odzyskawszy zdrowie, nabrała silniejszego, niż dotąd pragnienia zadośćuczynienia za grzechy i zaczęła nauczać publicznie. Widywano ją na placach, stojącą na mównicach i na rozstajach dróg, wzywającą ludność do pokuty. Jej słowa poparte były osobistą świętością ugruntowaną w duchu modlitwy i pokuty. Coraz mniej podobało się to możnym obywatelom miasta, tym bardziej, że poparli oni cesarza Fryderyka II Hohenstaufa przeciwko papieżowi.

Na dodatek w okolicy zamieszkiwali członkowie sekty katarów, którzy chcieli uchodzić za chrześcijan żyjących w przykładnej ascezie i bynajmniej nie chcieli słyszeć, iż Kościół – choćby w osobie świętego Biedaczyny z Asyżu – powstaje z nową siłą, czerpiąc z samego Źródła świętości.

Wiele osób św. Róża przywiodła do poprawy życia i znacznie przyczyniła się do wytworzenia propapieskiej atmosfery w mieście, co równocześnie stało się przyczyną jej dwuletniego wygnania. Powróciła dopiero, gdy nastąpiło pojednanie Viterbo z Rzymem po śmierci cesarza (którą zresztą cudownie przewidziała).

Za życia miano ją jeśli nie za niespełna rozumu, to przynajmniej za ekscentryczkę i nie traktowano zbyt poważnie jej wizji oraz nauk. Opinia ta sprawiła, iż nie została przyjęta do zakonu klarysek. Jej postać – dzieweczki wędrującej z krucyfiksem po mieście i głoszącej Słowo Boże – dopiero po śmierci została zrehabilitowana i stała się nieodłącznym elementem lokalnej dumy mieszkańców Viterbo.

Jedną z ostatnich rzeczy, jakie przewidziała dzięki darowi proroctwa było to, iż dopiero po śmierci znajdzie się w klasztorze. Potwierdziły to dzieje jej doczesnych szczątków, które najpierw zostały złożone w ziemi bez trumny, potem zaś – w 1258 roku na polecenie papieża Aleksandra VI – przeniesiono je do klasztoru klarysek. Przy translacji zwłok okazało się, iż pozostają w stanie nienaruszonym. Proces kanonizacyjny ciągnął się dość długo, a zakończył się w roku 1457 za pontyfikatu Kaliksta III.

12/22/2013

7 marca: Święte Męczennice Perpetua i Felicyta


Nieznany artysta z Wielkopolski
Matka Boża z Dzieciątkiem i świętymi Perpetuą i Felicytą (ok. 1520)

(II-III w.)

Perpetua i Felicyta to męczennice, których imiona wymieniane są w drugiej modlitwie wstawienniczej Kanonu Rzymskiego. Łączył je związek szczególny, jedna bowiem była kobietą z zamożnej rodziny 
patrycjuszowskiej, druga jej niewolnicą. Ich wspólne męczeństwo stanowi piękne zobrazowanie idei autentycznej katolickiej równości – równości wobec Boga i śmierci – jaką chrześcijaństwo wniosło w proces rozwoju ludzkości.

Perpetua była młodą mężatką mieszkającą niedaleko Kartaginy w Afryce Prokonsularnej (na terenie obecnej Tunezji). O jej mężu nie zachowały się żadne pewne wiadomości. Wiadomo jedynie, że mieli małe dziecko. Ojciec Perpetui był poganinem, a ona potajemnie rozpoczęła katechumenat i nakłoniła do wiary Chrystusowej kilka osób ze swego otoczenia, w tym brata Saturusa oraz służbę domową (Felicytę, Rewokatusa, Sekundulusa i Saturninusa).

Za panowania Septymiusza Sewera Perpetua została oskarżona o bycie chrześcijanką. Wraz ze wszystkimi „winnymi” została osadzona w więzieniu w Kartaginie. Jej służąca Felicyta, również zamężna, była akurat w ciąży, nie mogła więc być od razu stracona, gdyż prawo rzymskie zabraniało wykonywania egzekucji na ciężarnych kobietach.

W więzieniu Perpetua i Felicyta przyjęły chrzest. Tam też rozegrał się dramat niełatwego wyboru Perpetui. Przynoszono jej dziecko, aby mogła karmić je piersią, a ojciec nie przestawał namawiać jej, by złożyła ofiarę rzymskim bóstwom i tak ocaliła życie. Mówił, że jest jego ukochaną córką, że włożył w jej wychowanie najwięcej serca, całował ją po rękach i błagał, żeby odstąpiła od Chrystusa. Córka pozostawała nieugięta, wiedząc, iż nic nie znaczy życie na tej ziemi, jeśli dobrowolnie utraci się perspektywę zbawienia w wieczności.

W końcu dzielna patrycjuszka wraz z towarzyszami stanęła przed sądem. Zadano jej pytanie, które przesądziło o jej losie: „Czy jesteś chrześcijanką?”. Odpowiedź brzmiała: „Jestem chrześcijanką”. W konsekwencji zawleczono skazanych na arenę, gdzie mieli być rozszarpani przez dzikie zwierzęta. Podanie głosi, iż bestie nie ośmieliły się tknąć świętych męczenników i dlatego musieli ich zabić gladiatorzy.

Historię świętych Perpetui i Felicyty oraz innych umęczonych wówczas chrześcijan poznajemy dzięki zapiskom uczynionym przez tę pierwszą w więzieniu oraz relacji naocznego świadka. Ich kult w szybkim tempie rozprzestrzenił się w Kościele, a o jego randze świadczy chociażby dodanie imion niezłomnych niewiast do najważniejszej części Mszy Świętej.

8 marca: Św. Jan Boży, założyciel zgromadzenia bonifratrów



(1495 – 1550)

O Janie Bożym, założycielu zakonu bonifratrów, można powiedzieć, iż stał się kwiatem rozkwitłym nagle na łące Kościoła, wbrew wszelkim przewidywaniom, pod wpływem gwałtownego nawrócenia – kwiatem, który usychał wśród pyłu miast i łamał się wśród trzaskających fal niebezpiecznego morza tego świata. On sam natomiast – do momentu nawrócenia – mógł powiedzieć o sobie różne rzeczy, ale na pewno nie to, że da początek istniejącej przez wieki i rozpowszechnionej na całym świecie rodzinie zakonnej, niosącej pomoc tysiącom potrzebujących.

U wielu świętych już w dziecięcym wieku objawia się nadzwyczajny dar pobożności, pogarda świata i chęć służby Bożej. U Jana, nazwanego znacznie później Bożym, było wręcz przeciwnie – ciekawił go świat, pociągała przygoda, a staranie o ziemskie potrzeby przesłaniało wyższe pobudki duchowe. Był on synem niebogatej w dobra ziemskie, lecz pielęgnującej skarb łaski Bożej rodziny, zamieszkałej w portugalskiej miejscowości Montemor-o-Novo.

Z domu wywędrował bardzo wcześnie i w okolicznościach nie do końca wyjaśnionych. Otóż gdy miał osiem lat, w jego rodzinnym domu pojawił się pewien wędrowiec, którego tożsamość pozostaje dla nas niepewna. Nie wiadomo, czy chłopiec został porwany, czy też w sposób nieodparty zafascynował się opowieściami tajemniczego gościa – w każdym razie spokój domowego zacisza zamienił w tak młodym wieku na podróżny tłumoczek.

Dotarł do miasteczka Oropesa w Hiszpanii, gdzie przygarnął go zarządca dóbr tamtejszego magnata. W swym zastępczym domu odebrał dobre wychowanie, ale gdy opuścił go w dwudziestym roku życia, by wstąpić do armii i zasmakował w rozkoszach swobodnego życia, uleciał z niego prawie całkiem nie tylko duch religijności, ale nawet zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Jan prowadził hulaszczy i rozpustny tryb życia, wśród potyczek wojennych (walczył z Francuzami i Turkami). Działo się tak aż do momentu, gdy doszła go niespodziewana i szokująca wieść...

Dowiedział się mianowicie o losach swoich rodziców. Matka ze zgryzoty po zaginionym synu zmarła niedługo po jego zniknięciu, ojciec zaś wstąpił do zakonu franciszkanów i również zmarł przedwcześnie. Historia ta wstrząsnęła młodzieńcem i przyprowadziła go do opamiętania. Chcąc zgładzić swoje winy, wyruszył do północnej Afryki, aby usługiwać tamtejszym europejskim jeńcom. Po drodze najął się na służbę u pewnego szlachcica, dla którego pracował wiernie, w sytuacji kryzysowej przez pewien czas utrzymując całą jego rodzinę.

Przyszły Święty był pełen dobrych chęci zadośćuczynienia za swoją winę, ale nie zwrócił się jeszcze całkiem do Boga. Miało to nastąpić dopiero po powrocie do Hiszpanii, co doradził mu spowiednik, gdy usłyszał szalony pomysł Jana, planującego wyruszenie w głąb Afryki dla ratowania chrześcijańskich niewolników. Przybywszy do Granady, otworzył tam sklepik z książkami religijnymi i dewocjonaliami – dlatego też czczony jest jako patron księgarzy.

Były to czasy działalności św. Jana z Ávili. Ów płomień Boży gorejący na andaluzyjskiej ziemi porywał do Boga niemal wszystkie dusze, jakie znalazły się w promieniu jego oddziaływania. Nie oparł mu się także jego imiennik, przybyły niedawno z Afryki. W Janie Bożym, gdy usłyszał kazanie na dzień św. Sebastiana, coś pękło. Cudowny kaznodzieja mówił prosto i przekonująco o tym, że lepiej znieść wszelkie cierpienie i śmierć samą, niż Boga obrazić.

Jeśli powiemy, że dotychczas w Janie Bożym zaszła przemiana, to to, co nastąpiło po spotkaniu ze sławnym Apostołem Andaluzji, można by nazwać duchową rewolucją. Wstrząs był tak silny, że Święty zachowywał się jak obłąkany – rozdał cały dobytek, biegał po mieście, tarzał się w błocie i cały czas powtarzał słowa: „Miłosierdzia, Boże, miłosierdzia!”. Wzięto go z tego powodu za wariata i umieszczono w zakładzie dla psychicznie chorych.

Instytucja ta w owych czasach bynajmniej nie przypominała dzisiejszych wyspecjalizowanych szpitali psychiatrycznych. Powszechnie uznawano, że najlepszym sposobem na zamkniętych tam pacjentów jest przemoc fizyczna i złe traktowanie. Doświadczył tego na własnej skórze „świeżo upieczony” apostoł Bożego miłosierdzia. Wbrew pozorom było to dla niego bardzo inspirujące. W szpitalu odkrył bowiem swoje powołanie. Chciał nieść pomoc chorym, zapewniając im godziwe warunki, a przede wszystkim szanując w nich dusze nieśmiertelne, stworzone przez Boga i w Bożym zamyśle przeznaczone do wiecznej szczęśliwości.

Dowiódłszy bez większych problemów, że jest zdrowy na umyśle, rozpoczął działalność dobroczynną. Swój apostolat oparł na dobrowolnych datkach od mieszkańców miasta, którzy wkrótce okazali się tak hojni, iż mógł ofiarowany mu budynek przysposobić na szpital. Dbał zarówno o ciało, jak i o duszę swych pacjentów, zapewniając im spowiedź oraz pouczając o znoszeniu cierpienia po chrześcijańsku. Swe nauki potwierdzał własnym przykładem nie szczędząc sił na zabieganie o środki na prowadzenie swego zakładu, co w końcu doprowadziło go do skrajnego wycieńczenia i odebrało ziemskie życie.

Zgromadzona wokół niego wspólnota mężczyzn po śmierci Świętego przybrała formę regularnego zakonu – Braci Miłosierdzia (dosłownie dobrych braci – boni fratres) – opartego na regule św. Augustyna. Zgromadzenie zatwierdził w roku 1572 papież św. Pius V. Sam Jan Boży został beatyfikowany w roku 1630 przez Urbana VIII, kanonizowany zaś przez Aleksandra VIII w roku 1690.



Bartolomé Esteban Murillo (ok. 1672)